Ten dzień musiał kiedyś nadejść. Żegnam się z Biurem Karier UŁ. Spędziłem tu większość mojego zawodowego życia. Robiłem rzeczy, które dawały mi radość. Czasem się frustrowałem, ponosiłem porażki albo podejmowałem błędne decyzje. Ta o odejściu do nich nie należy. A przynajmniej mam taką nadzieję. To prawdopodobnie najdłuższy, ale też najbardziej osobisty wpis, jaki opublikowałem na stronie. Ale prawie 9 lat przy Lumumby 14 zdecydowanie zasługuje na solidne podsumowanie.
Do Biura Karier Uniwersytetu Łódzkiego pierwszy raz trafiłem w 2010 albo 2011 roku. Powoli zbliżałem się do końca studiów i szukałem warsztatów, które pozwolą mi się czegoś nauczyć… i będą za darmo. W tamtym czasie wcale nie było to proste zadanie.
Facebook dopiero zyskiwał popularność w Polsce, Instagrama i LinkedIn nie było (oba pojawiły się dopiero w 2012). Dostępna oferta była o wiele bardziej uboga, niż teraz. Choć miało to też plusy – jak już coś się pojawiało, trudniej było przeoczyć zaproszenie.
Informacje o praktykach i pojedynczych szkoleniach pojawiały się głównie w gablocie na trzecim piętrze starego Instytutu Psychologii UŁ przy Smugowej. Chyba też w uczelnianym mailingu (akurat tu wiele się nie zmieniło – nadal czyta go niewielki odsetek osób).
Nie pamiętam już gdzie znalazłem informację o Akademii Kompetencji. Efekt był taki, że trafiłem na Lumumby 14 i wziąłem udział w kilku szkoleniach. Sam budynek wyglądał zupełnie inaczej, niż obecnie. Tu, gdzie znajdują się pomieszczenia Biura Karier, była szatnia. Warsztaty odbywały się w niewielkiej salce, którą kilka lat później przejął zespół Kujon.
W 2010 roku, kiedy pierwszy raz przekroczyłem próg Biura Karier UŁ, byłem uczestnikiem Akademii Kompetencji. 15 lat później, kiedy opuszczam to miejsce, to ja odpowiadam za ten program. Moment, w którym żegnam się z Biurem Karier UŁ, nie jest przypadkowy. Chciałem pożegnać się, domykając 24. edycję inicjatywy, od której wszystko się zaczęło. Akademia Kompetencji jest klamrą, która spina moją przygodę z Biurem Karier.
Zbieg okoliczności
Po studiach wyjechałem na kilka lat z Łodzi. Chciałem pracować w zawodzie, a lokalny rynek pracy szybko zweryfikował moje ambicje. Dodatkowe aktywności nie zadziałały na moją korzyść. Kiedy podczas jednej z rozmów potencjalny pracodawca zapytał: Panie Jędrzeju, co jest poza kosmosem?, po czym uderzył w sekciarskie tony, miarka się przebrała. Wróciłem w rodzinne strony i przez pewien czas byłem człowiekiem do zadań specjalnych. W ramach jednego etatu łączyłem pracę psychologa, doradcy zawodowego i animatora lokalnego.
Na pewien czas dołączyła do mnie żona (wtedy jeszcze dziewczyna). Ale ta sytuacja nie mogła trwać długo. Małe miasteczko, zabetonowany rynek pracy, niewielkie zarobki – brakowało argumentów, żeby związać swoją przyszłość z tym miejscem na dłużej.
Kiedy Kasia wróciła do Łodzi, ja też chciałem to zrobić. Zwłaszcza, że atmosfera w moim dotychczasowym miejscu pracy stawała się gęsta. Rzuciłem robotę, nie mając żadnego planu. Szybko pojawiła się przypadkowa opcja.
Przyjechałem do Łodzi na kilka dni, żeby dopingować Kasię w finale muzycznego konkursu, w którym brała udział. W przerwach, między czuciem się jak pasożyt, obawami o przyszłość i przeglądaniem ofert pracy… przypomniałem sobie o istnieniu Biura Karier UŁ.
I co? I okazało się, że tego samego dnia na stronie pojawiło się ogłoszenie o pracy dla doradcy zawodowego.
Wysłałem CV. Oddzwonili, proponując spotkanie. Był czerwiec, nieznośny upał, a ja nawet nie miałem ze sobą ciuchów, odpowiednich na rozmowę kwalifikacyjną. Marynarkę (sztruksową!) podrzucił mi kumpel, który akurat przejeżdżał przez Łódź. Mało brakowało, żebym się ugotował, ale jakoś poszło.
Ponoć jako jedyny przywitałem się nie tylko z rekruterami, ale tez ludźmi, siedzącymi w innych pokojach. Ponoć dużo gadałem. Ponoć część z tych rzeczy była nawet merytoryczna, a kilka zdań zabawnych. W każdym razie – 5 lipca 2016 oficjalnie dołączyłem do zespołu. Z perspektywą na 2-3 lata prowadzenia konsultacji dla studentek i studentów w ramach projektu KreaTOR Kariery.
Prawie 9 lat
Miałem przyjść na chwilę. Zostałem na dłużej. Żegnam się z Biurem Karier UŁ po prawie 9 latach.
Na marginesie – kilka tygodni temu pracuj.pl opublikowało najważniejsze wnioski z raportu Mobilność zawodowa Polaków 2025. Wygląda na to, że zawyżam średnią stażu pracy w jednej firmie (choć nadal daleko mi do rekordzistów).
Przy Lumumby 14 pracowałem dokładnie 8 lat, 10 miesięcy i 9 dni. 3229 dni (a uwzględniając urlop, który właśnie rozpoczynam – zebrałby się prawie cały dodatkowy miesiąc).
To dłużej, niż istniała Nirvana.
Dzieci, które szły do zerówki w momencie, w którym zaczynałem pracę, właśnie kończą podstawówkę.
Mniej więcej tyle czasu potrzebowała sonda New Horizons na dotarcie z Cape Canaveral na Florydzie do Plutona (19 stycznia 2006 – 14 lipca 2015).
Arsenal, w którego grze zakochałem się jako nastolatek, od sezonu 2016/2017 wydał na transfery ponad 1,5 miliarda euro, a mimo to nadal nie został mistrzem Anglii ani nie zdobył liczącego się trofeum międzynarodowego.
TVP wyemitowała około 1300 odcinków Klanu.
Spędziłem mnóstwo czasu w Biurze Karier UŁ. Miałem swoje powody, żeby wytrwać tu tak długo.
Dwa z nich były szczególnie istotne.

Zespół, czyli powód numer 1
Miałem świetny zespół. Brzmi, jak wyświechtany frazes, ale taka jest prawda. Głównym atutem Biura Karier UŁ są ludzie.
Jeśli budżetówka kojarzy Ci się z urzędowymi klimatami, wystarczy wizyta przy Lumumby 14, żeby odczarować ten stereotyp. Chyba, że trafisz tam przy okazji jednego z unijnych projektów – tam rzeczywiście jest mnóstwo papierologii, choć to akurat potrzeba instytucji finansujących działania, a nie wymysł moich kolegów i koleżanek.
Dzięki ludziom, którzy tworzą Biuro Karier UŁ, praca tam była przyjemnością. Luźna atmosfera, przestrzeń na zgłaszanie pomysłów (o tym za momet), umiejętność wyczucia, kiedy można pożartować, a kiedy trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty – to wszystko składało się na unikatowy klimat, który będę kojarzył z tym miejscem.
No i kompetencje. Wysokie, różnorodne, zapewniające niezbędny balans i świetne uzupełnianie się w realizowanych zadaniach.
Kiedyś zmapowaliśmy nasze zasoby, wykorzystując do tego model FRIS®. Okazało się, że mieliśmy… wszystko. Co ciekawe – tam, gdzie dużo różnorodności, łatwo o konflikty i nieporozumienia. Zwłaszcza przy tak odmiennych stylach myślenia i działania. W tym wypadku odmiene punkty widzenia i preferencje prowadziły do jakościowej współpracy, nie chaosu.
Przez cały czas, jaki tu spędziłem, spotykałem się z życzliwością i wsparciem. Miałem też w zasadzie nieograniczone źródło inspiracji do wymyslania nowych działań.
Lubiłem wyruszać w tour po pokojach. Złośliwi twierdzili, że mógłbym opowiedzieć tę samą historię raz, zamiast powtarzać ją kolejnym osobom. Może coś w tym jest, choć i tak mam poczucie, że każdy pokój to inny świat. Już tłumaczę.
Okno na świat
“1” to punkt styku ze światem zewnętrznym. I nie chodzi mi o to, że znajduje się najbliżej wejścia do Biura. To miejsce, w którym toczą się rozmowy o Partnerach do działań, powstają pomysły na działania promocyjne i spływają propozycje nowych inicjatyw, w które może włączyć się Biuro. Ewelina potrafi znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania firm i zaplanować imprezę na kilka tysięcy osób, a Łukasz – wyczarować pomysł na materiał, który nie tylko opowiada o czymś, ale robi to w angażujący sposób.
Baza wiedzy (i optymalizacja)
“3” (“2” nie ma – pełni funkcję pokoju doradczego) to miejsce nieosiągalnego dla mnie porządku. Kuba jest chodzącą encyklopedią wiedzy o UŁ i prawdopodobnie jako jedyny na uczelni potrafi podać z pamięci odpowiedni numer MPK, kiedy trzeba przypisać koszty. Z kolei Julek to mistrz optymalizacji. Niemal na poczekaniu jest w stanie wykombinować formuły, które automatyzują pracę i dają przestrzeń na robienie tego, co ważne (a przynajmniej – przyjemniejsze, niż klepanie danych).
Centrum zarządzania i świat FRIS®
“4” pełni dwie ważne funkcje. Z jednej strony, to centrum zarządzania. Znajdziesz tam Natalię, która koordynuje pracę Biura i z cierpliwością stawia czoła małym i wiekszym wyzwaniom organizacyjnym (też tym, które funduje sam zespół). Biurko naprzeciwko Natalii zajmuje Alicja, czyli motor napędowy projektów. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło Ci się odwiedzić Biuro, żeby skorzystać z dofinansowanych szkoleń lub staży, możesz mieć pewność, że wniosek projektowy wyszedł spod ręki którejś z dziewczyn.
Ten pokój to również miejsce, generujące studenckie oszczędności. Wszystko za sprawą FRIS®. Badanie na rynku to koszt kilkuset złotych, osoby studiujące na UŁ mogą wykonać je bezpłatnie. Między innymi dzięki Alicji. Choć akurat w tym wypadku zdecydowana większość ludzi trafia do Gosi, która nie tylko potrafi skupić się na indywidualnych potrzebach podczas konsultacji, ale też posiada niedostępne dla zwykłych śmiertelników pokłady empatii.
Ułamki
Najwięcej czasu spędzałem w “5”, w której do niedawna stały moje rzeczy. Dlaczego ułamki? Cóż, w pokoju pracują cztery osoby, ale wspólnie złożylibyśmy jakieś 2 i 1/3 etatu.
Pracuje tu Martyna, która wniosła powiew świeżego powietrza i studencką perspektywę (i która daje nadzieję, że Biuro Karier UŁ w najbliższym czasie nie będzie oderwane od realnych potrzeb osób, dla których działa). Biurko w biurko z Martyną pracuje Agata. Mógłbym napisać, że jest uosobieniem profesjonalizmu i klasy, ale na dobrą sprawę wystarczy jedno słowo. Ideathon. Jedna z najlepszych inicjatyw na UŁ to przede wszystkim jej zasługa.
Jest też Asia, w której znalazłem trenerski duet i pewność we współpracy w sali szkoleniowej, o których wcześniej nawet nie marzyłem.
Nieobecni
Na przestrzeni 9 lat zespół zmieniał się kilka razy. Najdłużej budowałem relacje z Marysią (która kilka miesięcy przed moim odejściem zamieniła Biuro Karier UŁ na pracę w uczelnianej sekcji HR) oraz Asią, stanowiącą moje totalne przeciwieństwo – a dzięki temu tak świetną partnerkę do codzienych rozmów (nie bez powodu dorobiła się miana Królowej Empatii). Byli też: Kasia, Remek, Agnieszka, Iza, Marta, zaangażowani gównie w zadania Centrum Współpracy z Otoczeniem Magda, Dominik i Karolina, czy Piotr i Łukasz, z którymi pracowałem najkrócej.
Ich nie ma już w Biurze Karier UŁ. Podobnie, jak zatrudniających mnie Darka i Przemka, którzy nadawali kierunek działań przez większość czasu, jaki tu spędziłem.
Są za to Mateusz i Agnieszka, którzy niedawno dołączyli do zespołu i z którymi w zasadzie minąłem się w pracy.
Swoboda działania, czyli powód numer 2
Potrzebuję pracy, która daje mi poczucie sensu. Nigdy nie chciałem być sprowadzony do roli realizatora czyichś pomysłów. Bez znaczenia, czy będzie to rektor, kanclerz, szef, czy – poza uczelnią – któryś z moich klientów.
Do działania napędza mnie środowisko, w którym mogę testować pomysły. Nie tylko rzucać koncepcjami, ale sprawdzać je w działaniu. I takim miejscem przez zdecydowaną większość czasu było dla mnie Biuro Karier UŁ. Mogłem liczyć na zaufanie do moich kompetencji, dużą swobodę działania i taką organizację pracy, która nie oplatała mnie siecią bezowocnych spotkań. Zawsze wolałem działać, niż snuć plany o działaniach, które nie są wcielane w życie.

To podejście zdecydowanie się sprawdziło. Myślę, że nie tylko dla mnie. Wystarczy spojrzeć na listę projektów, które zainicjowałem albo którymi się opiekowałem (kolejność alfabetyczna):
- Aktywni Mogą Więcej! – program wsparcia dla kół naukowych i organizacji studenckich, działających przy Uniwersytecie Łódzkim (początkowo jako katalog szkoleń, obecnie oferta jest rozbudowana o wsparcie promocyjne i merytoryczne dla studenckich inicjatyw)
- Badanie potrzeb szkoleniowych – nie tylko opiekowałem się Akademią Kompetencji, ale też sprawiłem, że do kalendarza działań Biura na stałe weszło realizowane na początku roku badanie potrzeb szkoleniowych (którego wyniki są podstawą do stworzenia oferty współpracy dla Partnerów Akademii Kompetencji)
- Laboratorium Innowacji – oparty o podejście Design Thinking program, w którym uczennice i uczniowie ze szkół średnich tworzą rozwiązania problemów, które dostrzegają w swoim najbliższym otoczeniu (inicjatorką i koordynatorką Labratorium Innowacji jest Jolanta Bieńkowska, ja od początku wchodziłem w skład zespołu tworzącego i rozwijającego tę inicjatywę)
- LinkedIn – kiedy przejmowałem konto Biura Karier UŁ, obserwowało je 37 osób; zostawiam je jako zdecydowanego lidera wśród Akademickich Biur Karier na tej platformie – zarówno, jesli chodzi o odbiorców (ponad 2700 osób), jak i liczbę pubikacji i wykorzystywanych formatów
- Program Ambasadorski Biura Karier UŁ – pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce (miałem okazję opowiadać o niej podczas Konferencji Akademickich Biur Karier w 2019 roku)
- Program praktyk szkoleniowych – inicjatywa dla ambitnych studentek i studentów, chcących sprawdzić się w sali szkoleniowej (coś w rodzaju tutoringu połączonego z trenerską superwizją)
- Projekt mentorski – a w zasadzie jego część (projekt dobrze radził sobie i bez mojej obecności): zaproponowałem standard wsparcia dla Mentees (więcej o jego ewolucji we wpisie poświęconym tegorocznemu pilotażowi Mentorship Lab)
- Przystanek Pomysł – wakacyjny kurs kreatywności, który zaczynał jako jednorazowa akcja, a doczekał się sześciu edycji
- Studenckie Czwartki – cykl popołudniowych warsztatów, poświęconych kluczowym kompetecjom (nie tylko) na rynku pracy
- W minutę o… – cykl, prezentujący ofertę Biura Karier UŁ w formie krótkich filmów (tu – obiektywnie – większość roboty wykonał Łukasz, choć sam pomysł i upierdliwe wiercenie dziury w brzuchu to moja robota)
Nie popadłem jeszcze w tak wielkie samouwielbienie, żeby przypisywać sobie wszystkie zasługi. Każda z tych inicjatyw angażowała inne osoby z zespołu. Często już na samym początku, gdzie zderzaliśmy nasze pomysły i wypracowywaliśmy wspólny kierunek działania. Zrobienie tych rzeczy byłoby niewykonalne w pojedynkę.
Równocześnie, mam świadomość, że bez mojego uporu część z tych projektów nigdy nie przeszłaby od fazy luźnego pomysłu do wdrożenia. Byłyby kolejnymi pomysłami do zaparkowania na bliżej nieokreślone “kiedyś”, które finalnie zmienia się w “nigdy”, kończąc z szufladzie albo zapomnianym folderze na dysku.
I myślę, że pisanie o tym nie jest ani zakłamywaniem rzeczywistości, ani brakiem skromności. Prowadząc konsultacje zawsze zachęcałem studentki i studentów do mówienia wprost o swoich mocnych stronach. Moją jest praca koncepcyjna i umiejętność wcielania pomysłów w życie.
Cztery historie
Anegdoty? Wspomnienia? Nietypowe sytuacje, które wydarzyły się w Biurze? Zebrałem cztery historie: trzy, które mnie bawiły i jedną, która jest całkiem na serio.
Spodnie
Patryk, chcesz moje spodnie? – nie jest to standardowe pytanie, jakie możesz zadać uczestnikowi szkolenia. Mimo wszystko – padło.
Tuż przed jednymi z warsztatów, które prowadziłem w ramach Studenckich Czwartków, nad Łodzią przeszła ulewa. Pokrzyżowała mi szyki – z kilkunastu zapisanych osób na miejsce dotarło 5-6. Jedną z nich był Patryk, który miał wyjatkowego pecha. Deszcz złapał go na rowerze, na otwartej przestrzeni. Kiedy pojawił się w Biurze Karier, ociekał wodą, zostawiając za sobą ślady z kałuż. A ja miałem w szafie ciuchy na przebranie. I tyle, choć dla osób biorących udział w zajęciach musiało to zabrzmieć dość dziwnie.

Śmieszkowanie na prima aprilis
Przez kilka lat wykorzystywaliśmy prima aprilis do robienia sobie żartów. Najlepsze były te, które łączyły absurd z pewną dozą prawdopodobieństwa.
Raz opublikowaliśmy totalnie przerysowane ogłoszenie o pracę, parodiując zalewające portale rekrutacyjne hasła o młodym, dynamicznym zespole czy owocowych czwartkach. Najwyraźniej nie wszyscy na UŁ wykazali się poczuciem humoru (albo przytomnością umysłu), bo do Darka, który był w tamtym czasie moim szefem, wpadło kilka osób z pytaniem czy naprawdę mamy w Biurze Karier UŁ tak słabe warunki pracy.
Skończyło się na tym, że kolejne żarty musiały dostać akceptację przed publikacją. I tak było z doradztwem ezoterycznym:
Sesja tarot-coachingu rzuciła zupełnie nowe światło na moje plany zawodowe, a dzięki wsparciu profesjonalnego różdżkarza upewniłam się, że wybrany przeze mnie kierunek to właściwa droga, którą powinnam podążać.
To słowa Gosi, która jako jedna z pierwszych skorzystała z naszej najnowszej oferty. W poniedziałek ruszają zapisy na doradztwo ezoteryczne, które oferujemy jako pierwsze Biuro Karier w Polsce.
Ten primaaprilisowy żart bawił mnie najbardziej. Zwłaszcza, że na skrzynkę Biura wpadło kilka maili od osób, które faktycznie chciały skorzystać z tej oferty. Cóż, na tarota, szklaną kulę i ocenę prądów zawodowych z wykorzystaniem różdżki będzie trzeba jeszcze poczekać.
Niespodzianki
Poczuciem humoru wykazywały się też osoby, z którymi pracowałem. Któregoś razu, kiedy ze względu na wyjazdy szkoleniowe miałem krótką przerwę od pracy, po przyjściu do Biura czekała na mnie niespodzianka. Zwykle przychodziłem do pracy pierwszy, w okolicach 7.00. Jesienią i zimą jest wtedy ciemno. Kiedy otworzyłem drzwi do pokoju, na moim krześle był zarysowany kształt. Na dorą sprawę – rozmiarów dorosłego człowieka. Zapaliłem światło i… moim oczom ukazał się tekturowy Jędrzej.
Drobnych złośliwości nie brakowało do samego końca. Podczas pierwszej wizyty w pracy po podzieleniu się z zespołem informacją, że żegnam się z Biurem Karier UŁ, zastałem zupełnie nową przestrzeń. Moje biurko zostało uprzątnięte, zniknęły wszystkie rzeczy – łącznie z monitorem – a na to miejsce wstawiono… stanowisko BHP.
Planszówkowe poszukiwania
Kilka razy słyszałem, że organizuję popołudniowe szkolenia głównie po to, żeby znaleźć towarzystwo do grania w planszówki (co zrobić, kiedy Twoja połówka nie lubi gier, a w domu stoi cały regał z tytułami, które czekają na swoją kolej na stole). Z kilkoma osobami faktycznie mam kontakt dzięki pracy w Biurze. Głównie – z ludźmi, z którymi spotkałem się podczas Programu Ambasadorskiego.
Niektóre z tych relacji są bardzo bliskie. Na tyle, że po poznaniu Gosi i Marcina moja żona polubiła ich na tyle, że zostali chrzestnymi mojego młodszego syna.
Zamknięty rozdział
Formalnie pozostaję pracownikiem UŁ do końca maja. W praktyce – to dla mnie zamknięty rozdział.
Uporządkowałem wszystkie sprawy: przekazałem najważniejsze tematy, wysłałem kilka maili, uprzątnąłem biurko (zapewniam – przez 9 lat zebrało się sporo rzeczy!) i oddałem komputer.
Na chwilę zajrzałem do pokoju socjalnego, który jest nieformalnym sercem Biura Karier. Rzuciłem okiem na przyklejone do lodówki memy, którymi docinaliśmy sobie w przerwach od pracy. Tuż obok jest kolekcja magnesów, zbierana latami przez zespół. Zgodnie z zasadą: jeśli jedziesz gdzieś na wakacje, musisz przywieźć najpaskudniejszy magnes, jaki tylko jesteś w stanie znaleźć. Ja dorzuciłem tam płócienne klapki z Macedonii i ohydnie pomalowaną albańską babę. Albo – Matkę Teresę. Jakość wykonania sprawia, że ta kwestia najprawdopodobniej zostanie nierozstrzygnięta na długo po moim odejściu.
Zatrzymałem się przy sali szkoleniowej. Teraz pustej, ale przez lata będącej miejscem, w którym działo się to, co było najważniejsze w moim zawodowym życiu. Przed odejściem Natalia poprosiła mnie o przygotowanie listy szkoleń, które zrealizowałem w Biurze. Doliczyłem się 164 spotkań. Ponad 700 godzin i blisko 2500 osób. Z większością z nich widziałem się na tych kilkudziesięciu metrach.
Wiem, który flipchart jest najstabilniejszy – i wcale nie jest to ten najdroższy.
Potrafię bezbłędnie zlokalizować klucz do szafki na materiały szkoleniowe.
Umiem zaplanować przestrzeń do pracy, tak, by w sali zmieściło się ponad 50 osób – choć wtedy jedna z grup będzie pracować przy lekko kołyszącym sie stole, a powietrza wystarczy na maksymalie 10-15 minut pracy (po czym rozpocznie się walka o pilota do klimatyzacji i próba ustawienia idealej temperatury, która z góry jest skazana na niepowodzenie: przy ekranie będzie panował żar tropików, przy ścianie arktyczny chłód).
Jestem w stanie schować masę krzeseł za stojące w rogu pufy tak, żeby nie spieprzyć zdjęć Łukaszowi, który będzie próbował złapać najlepsze ujęcia z zajęć.
A mimo tego, że znam tę salę jak własną kieszeń, nadal nie wiem, który z ośmiu włączników światła odpowiada za ten sektor, który najbardziej interesuje mnie w danym momencie. Tak samo, jak nie wiem, co czuję ze świadomością, że już nigdy nie poprowadzę warsztatów przy Lumumby 14.

Żegnam się z Biurem Karier UŁ
8 maja 2025. Żegnam się z Biurem Karier UŁ. Ostatnim akcentem mojej przygody jest kameralne spotkanie z zespołem. Idziemy na wspólny obiad. Są żarty, wspomnienia, kilka (drobnych) złośliwości i… wzruszenie.
Dostaję walizkę (do wyruszenia w nową drogę), grę (taką z wariantem solo – na wypadek, gdybym odchodząc z pracy stracił ostatnich znajomych) i pamiątkową tablicę, a na niej historie, memy i kilka hermetycznych żartów, które podniosą mnie na duchu, kiedy będę tego potrzebował.
Swoją drogą – ja też coś dla nich przygotowałem, choć jeszcze nie wiedzą, co czeka w szufladzie mojego biurka.
Mam poczucie zamknięcia ważnego rozdziału. I cieszę się, że w tym momencie mam obok siebie ludzi, którzy dali mi poczucie bycia prawdziwym zespołem.
Co dalej? Idę na swoje. Czas, który dzieliłem między uczelnię i prowadzenie własnej firmy chcę w pełni poświęcić na szkolenia pod swoją marką.
Jeśli kiedykolwiek spotkaliśmy się na warsztatach i podobało Ci się to, w jaki sposób pracuję, możesz zostawić mi rekomendację na LinkedIn lub potwierdzić moje umiejętności. Albo – polecić mnie w swojej firmie lub organizacji. W ten sposób bardzo mi pomożesz.