ciekawostki psychologiczne

Efekt Lucyfera to mit? Kontrowersje wokół stanfordzkiego eksperymentu więziennego

teksty 32. stanfordzki eksperyment więzienny

Stanfordzki eksperyment więzienny. Trudno o wskazanie badania psychologicznego, które wywarłoby większy wpływ na opinię społeczną i równie głęboko zakorzeniło się w zbiorowej świadomości. Obserwacja, że w określonych warunkach każdy z nas może zmienić się w oprawcę, weszła do kanonu psychologii społecznej, budując legendę Philipa Zimbardo, który kierował projektem badawczym. Ostatnie doniesienia rzucają zupełnie nowe światło na eksperyment i samego autora Efektu Lucyfera.

Wszystko za sprawą francuskiego dokumentalisty, Thibaulta Le Texier’a, który dotarł do uczestników badania, przeprowadzonego w 1971 roku. Ich relacje znacznie odbiegały od narracji, przyjętej przez Zimbardo. To z kolei rodziło pytania nie tylko o rzetelność zespołu badawczego, ale – przede wszystkim – o prawdziwość wyciągniętych przez nich wniosków.

Oprawcy i ofiary

W ramach eksperymentu grupa badaczy pod wodzą Philipa Zimbardo przeprowadziła symulację więziennego życia.  Celem, jaki stawiali przed sobą autorzy badania, było sprawdzenie, czy pod wpływem władzy i anonimowości normalni ludzie mogą diametralnie zmienić swoje zachowanie, dopuszczając się okrucieństwa wobec innych ludzi. Należy pamiętać, że stanfordzki eksperyment więzienny przeprowadzono w 1971 roku, gdy trwała USA prowadziły działania militarne w Wietnamie, a blizny po okrucieństwach II Wojny Światowej wciąż były świeże.

Piwnica wydziału psychologii Uniwersytetu Stanforda została zaadaptowana na więzienie. 18 studentów losowo przydzielono do jednej z grup – strażników lub osadzonych. Więźniowie, zamknięci w trzyosobowych celach, otrzymali długie, białe koszule z numerami identyfikacyjnymi oraz (mające ich upokorzyć) czapki z damskich pończoch, a do ich stóp przymocowano łańcuchy, ograniczające możliwość poruszania się. Strażnicy pracowali trójkami na ośmiogodzinnych zmianach, nadzorując więźniów. Mieli pełną swobodę działań, zostali jednak poinstruowani, że nie mogą używać przemocy fizycznej wobec osadzonych. Zespół Zimbardo rejestrował wydarzenia na taśmie filmowej, dodatkowo część badaczy odgrywała role pracowników zakładu karnego.

Zaobserwowano, że strażnicy nadużywali swojej pozycji. Za przewinienia i nieposłuszeństwo karali więźniów pompkami, odmawiali im posiłków i poduszek, stworzyli celę dla uprzywilejowanych więźniów, niektórym z osadzonych zabraniając korzystać z toalety, zastępując ją wiadrem i nie pozwalając opróżniać jego zawartości.

Nie wchodząc w szczegóły (przebieg eksperymentu dokładnie opisuje książka Efekt Lucyfera, a na YouTube dostępny jest ilustrujący wydarzenia film dokumentalny Cicha furia), badanie przerwano po sześciu dniach. Wpłynęły na to przede wszystkim eskalacja okrucieństwa strażników oraz moralne wątpliwości, podsycane przez Christinę Maslach – późniejszą żonę Zimbardo. Głównym wnioskiem, płynącym ze stanfordzkiego eksperymentu więziennego, było spostrzeżenie, że w specyficznych warunkach normalne, zdrowe psychicznie osoby mogą wcielać się w role oprawców i ofiar. Badania Zimbardo weszły do kanonu psychologii społecznej, będąc przywoływane za każdym razem, gdy opinię publiczną elektryzowały doniesienia o brutalności i wyjątkowym okrucieństwie. Tak było również w 2004 roku, gdy wybuchł skandal wokół więzienia Abu Ghraib, w którym amerykańscy żołnierze bestialsko torturowali irackich więźniów. Świat przypomniał sobie o Zimbardo, a profesor rozpoczął pracę nad książką Efekt Lucyfera, wydaną ostatecznie w 2007 roku (w Polsce ukazała się nakładem PWN dwa lata później).

Koncepcja efektu Lucyfera jest moją próbą zrozumienia procesów transformacji, jaka występuje, gdy dobrzy lub zwyczajni ludzie robią rzeczy złe lub niegodziwe. Zajmiemy się fundamentalnym pytaniem: „Co sprawia, że ludzie czynią zło?”. Lecz zamiast odwoływać się do zakorzenionego w religii dualizmu dobra i zła, czy dobroczynnego lub sprowadzającego na złą drogę wychowania, przyjrzymy się rzeczywisty ludziom wykonującym codzienne czynności, uwikłanym w realizowanie swoich zadań, próbującym przetrwać w często burzliwym tyglu ludzkiego losu. Postaramy się zrozumieć transformacje ich charakterów, towarzyszące zetknięciu z potężnymi siłami sytuacyjnymi.

– Zimbardo (2009), s. 27

Specyficzne warunki i presja otoczenia jako przepis na dehumanizację. To brzmi wiarygodnie, prawda? Kłopot w tym, że w ostatnich tygodniach na dorobek badawczy Zimbardo i podstawy, na których zbudował swoją pozycję w naukowym świecie, przeprowadzono zmasowany atak. Atak, stanowiący poważną rysę na wizerunku amerykańskiego badacza.

Wątpliwości

Kontrowersje wokół eksperymentu Zimbardo pojawiały się już wcześniej – zarzucano mu łamanie etycznych standardów, niejasną metodologię czy brak publikacji w czasopiśmie naukowym (Zimbardo przedstawił wyniki na łamach The New York Times). Wątpliwości budziła również sama próba – jej liczebność oraz dobór uczestników.

Prawdziwe trzęsienie ziemi miało dopiero nadejść. 7 czerwca ukazał się artykuł The Lifespan of a Lie, w którym autor – Ben Bloom – zarzuca Zimbardo świadome manipulowanie wynikami eksperymentu (całość do przeczytania TUTAJ). Bloom skontaktował się z uczestnikami eksperymentu, w tym z więźniem 8612 – Douglasem Korpim, który przyznał wprost, że symulował atak psychozy, żeby zakończyć eksperyment. Jak utrzymuje, zgłosił się do eksperymentu z nadzieją na to, że będzie mógł przygotować się do egzaminów na studia doktoranckie. Kiedy okazało się to niemożliwe, najpierw udał ból brzucha, a gdy to udało się nieskuteczne – odegrał psychotyczne zachowanie. Zimbardo zarzucił Korpi’emu kłamstwo, tłumacząc, że każda z osób, zgłaszających się do udziału w badaniu otrzymała jasną instrukcję, jak je zakończyć. Według profesora ani Korpi, ani drugi z krytykujących go więźniów – Richard Yacco – nie podali umówionego hasła.

Sprzeczne relacje Korpi’ego i Zimbardo to drugorzędny problem. O wiele poważniejsze wydaje się manipulowanie strażnikami, którego miał dopuścić się badacz. Narracja, zbudowana wokół stanfordzkiego eksperymentu więziennego zakładała, że w odpowiednich warunkach każdy może ujawniać sadystyczne skłonności. Mówiono o zmianach osobowości i budzeniu demonów, co miało tłumaczyć holokaust, okropieństwa Wietnamu, czy bestialskie zachowanie strażników w Abu Ghraib. Bloom powołuje się na książkę Histoire d’un Mensonge (Historia kłamstwa), w której przywołany we wstępie Thibault Le Texier prześwietlił słynne badanie. Le Texier zyskał dostęp do archiwalnych materiałów – oryginalnych nagrań i notatek, przeprowadził także wywiady z uczestnikami badania. Zgodnie z jego ustaleniami, zachowania strażników nie były dziełem wewnętrznej przemiany, czy efektu Lucyfera, jak utrzymywał Zimbardo, ale jasno określonymi oczekiwaniami badaczy. Asystent Zimbardo, David Jaffe miał wymagać od niewystarczająco twardych strażników zmiany zachowania tak, aby jak najbardziej wpisywali się w patologiczny obraz, który potwierdzałby założenia eksperymentu. Potwierdza to m.in. David Eshelman – jeden z okrutniejszych strażników, który przyznał, że eksperyment traktował jako ćwiczenie aktorskie, a postać, którą zbudował miała jak najdokładniej wpisywać się w oczekiwania zespołu badaczy.

Medialny szum i odpowiedź Zimbardo

Publikacja Bloom’a rzuciła cień na legendę psychologii społecznej. Wątek szybko podchwyciły inne media (w Polsce jako pierwszy napisał o niej Newsweek, warto posłuchać także wywiadu, jakiego udzielił stacji TOK FM dr Tomasz Witkowski). Śledząc prasowe doniesienia z przykrością stwierdzam, że w całym zamieszaniu brakuje głosu drugiej strony. Profesor Zimbardo na stronie poświęconej eksperymentowi opublikował oświadczenie, w którym odnosi się do sytuacji, co zdaje się przeoczyła większość mediów. Stwierdza w nim m.in. że krytyka badania w żadnym stopniu nie zmienia głównego przesłania stanfordzkiego eksperymentu, którym nie była symulacja więzienia, a wpływ ról społecznych i nacisków na nasze działania. Zimbardo podkreśla również, że zdecydowana większość materiałów, które Bloom i Le Texier uznali za sensacyjne, była dostępna od lat dla zainteresowanych osób. Profesor za krzywdzące uważa twierdzenie, że cała jego kariera naukowa została zbudowana na stanfordzkim eksperymencie więziennym, zauważając, że jest autorem ponad 60 książek i 600 publikacji, które obejmowały blisko 40 obszarów psychologii.

W dalszej części oświadczenia Zimbardo szczegółowo odnosi się do krytyki Blooma, wytykając m.in. nierzetelne źródła (rzekomo napisany przez strażnika więziennego Carlo Prescotta – konsultanta eksperymentu – artykuł, którego autorem w rzeczywistości był Michael Lazarou – skonfliktowany z Zimbardo scenarzysta filmowy) oraz wypaczenie sensu instrukcji, które miał przekazywać uczestnikom odgrywającym strażników David Jaffe – poprzez wyrwanie słów z kontekstu (Zimbardo cytuje oryginalną wypowiedź swojego asystenta). Badacz przedstawił także swoją interpretację zachowania Eshelmana, argumentując, że podejmowane przez niego działania znacznie wychodziły poza aktorską kreację, co sugerowali Bloom i Le Tessier. Pełna treść oświadczenia – w tym odniesienia do pozostałych zarzutów – jest dostępna TUTAJ.

Nie zamierzam rozstrzygać, która ze stron sporu ma rację. Zamieszanie, które towarzyszy jednemu z najsłynniejszych eksperymentów w historii psychologii skłania do postawienia innego pytania, dotyczącego etycznych granic w pogoni za sensacją. Wątpliwości dotyczą nie tylko rzetelności zespołu Zimbardo – być może efekt Lucyfera to wymysł, wyreżyserowany od początku do końca z nadzieją na medialny rozgłos stanfordzkich wydarzeń. Równie niepokojąca jest dla mnie sytuacja, w której media w jednej chwili przekreślają dorobek życia Zimbardo, nie zadając sobie nawet trudu, aby przywołać jego argumenty.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 + 1 =